Dobre złego początki...
Wszystko zaczęło się idealnie. Świetnie zakończony sezon biegowy dawał jeszcze większy apetyt na kolejny. Razem z trenerem postanowiliśmy rozpocząć przygotowania bez okresu roztrenowania, tak aby wystartować z wysokiego pułapu. Wydawało się to dobrą decyzją, zwłaszcza że treningi szły mi świetnie, nie było problemu z regeneracją. Mimo tego że był dopiero przełom października i listopada ja już byłam na najwyższych obrotach. Progres treningowy bardzo mnie nakręcał, wszystko wykonywałam na 100 procent. Początkowe symptomy przetrenowania- krwawienie z nosa, pobudki z zaklejonymi ropą, zaczerwienionymi oczami, drętwienie nóg po 30 minutach biegu- zostały zbagatelizowane. Przecież zmęczenie przy 10 jednostkach treningowych w tygodniu wydawało się normą. Wszystko szło zgodnie z planem. Do czasu. Pod koniec listopada zaczęłam odczuwać silny ból w okolicach piszczeli, w dodatku w obu nogach. Wszystko wskazywało na zapalenie okostnych. Doradziłam się trenera, znajomych... Wszyscy mówili, że na tą kontuzję nie ma leku, trzeba to po prostu przeżyć. Nie zmniejszaliśmy intensywności treningów, trener twierdził że "zabiegam" ból. Tydzień, dwa się pomęczę i przejdzie. Jednak po tym okresie ból był tak silny że uniemożliwiał mi bieganie. Poszłam do lekarza rodzinnego. Nasza rozmowa wyglądała następująco:
-Boli mnie okostna.
-(chwila ciszy) Przepraszam, co panią boli?
Lekarz wyraźnie nie był w temacie, dał mi skierowanie na badania krwi, które nic nie wykazały. Postanowiłam skorzystać z medycyny niekonwencjonalnej- akupunktury. Diagnoza, że po 3 dniach powinno odpuścić zminimalizowała ból podczas zabiegu. Chwila nadziei, która niestety szybko umarła. Udałam się do fizjoterapeuty. Stwierdził, że to nie stu procentowe zapalenie okostnej, ale także coś z mięśniem. Przykleił "tejpy" i zalecił zabiegi- pole magnetyczne, laser i jonoforezę. Leczenie również bez skutku, być może dlatego że nie były regularne. Mimo odpuszczenia treningów ból nie ustawał. Zbliżał się termin w którym był organizowany obóz sportowy. Nie mogłam biegać, więc dla mnie było jasne- nie jadę. Jednak trener zaproponował, żebym przyjechała na 5 dni pochodzić po górach. Ucieszyłam się, bo dla mnie była do doskonała odskocznia w przerwie między egzaminami. Myślałam że wyczerpałam limit pecha. Myliłam się. Wieczorem, ostatniego dnia ukradli mi kurtkę, w której był portfel ze wszystkimi dokumentami. Nie wierzyłam, że to przytrafiło się mnie, a zwłaszcza na obozie na który miałam nie jechać. Rano skończyło się składaniem zeznań na policji i powrotem w dresie na egzaminy, na które nie miałam pewności że mnie wpuszczą bez legitymacji. Wszystko było przeciwko mnie. Podirytowana zdecydowałam, że trzeba zrobić większy krok w postawieniu diagnozy. Poszłam na badanie USG. Bardzo zdziwiłam się gdy usłyszałam "Pani okostne i piszczele są w idealnym stanie". W myśli zastanawiałam się co mnie boli, czekając na to co powie lekarz. Po chwili stwierdził, że mam 7 centymetrowy stan zapalny wokół żył, niezbyt wydolne i poszerzone żyły. Skierował do lekarza rodzinnego, a ten do ortopedy. W szpitalu lekarz wyraźnie zbagatelizował badanie USG i dał skierowanie na badanie RTG i Tomografię komputerową piszczeli. Nic nie wykazały. Nie wiedziałam co jest przyczyną bólu. Jeszcze raz udałam się na zabiegi, tym razem 10 zabiegów, miałam nadzieję że pomogą. Laser, pole magnetyczne, krioterapia. Pech chciał że podczas jednego z zabiegów krioterapii pani za długo go wykonywała i odmroziła mi nogę. Pewnie blizna pozostanie do końca życia, będzie przypominała mi tą drogę przez mękę. Po kuracji było trochę lepiej, jednak w jednej z nóg ból się nasilał. Musiałam podjąć decyzję, była bardzo trudna- przestaje trenować, dopóki nie przestanie mnie boleć. Po 3 tygodniach wznowiłam treningi. Ból był zdecydowanie mniejszy. Wiedziałam, że muszę zrobić coś, co ostatecznie zakończy moje cierpienie. W aptece kupiłam maść na stany zapalne żył. Ku mojemu zaskoczeniu było coraz lepiej. Walka trwała 5 miesięcy. Była ciężka, dużo mnie kosztowała, ale nie poddałam się, wygrałam. Wiedziałam, że zrobię wszystko, żeby wrócić do biegania. Dzisiaj zmieniłabym napewno okres regeneracji po ciężkim sezonie. W tym roku planuję miesiąc przerwy, odpoczynek nie tylko dla mięśni, ale także dla ducha. Wiem też, że warto od razu odpuścić, gdy poczuje się ból. Teraz tego nie zrobiłam, przerwa i tak była konieczna. Bieganie z bólem wydłużyło znacznie czas rekonwalescencji. Na lekarzy niestety nie mam wpływu. Ta kontuzja nauczyła mnie pokory, szacunku dla własnej pracy. Trzeba szanować zdrowie, cieszyć się z każdego treningu. Nie uważam, że był to czas stracony. Napewno odpoczęłam, myślę, że przerwa nie przekreśla dobrych wyników w sezonie. Wręcz przeciwnie, sądzę że będą lepsze, bo do biegania wracam naładowana pozytywną energią z wielkimi chęciami do rywalizacji. Teraz jednak nie zapominam, żeby czasem posłuchać się swojego organizmu a nie tylko kierować się ambicją.







