"Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą" - złamanie zmęczeniowe kości piszczelowej

To miał być dobrze zapowiadający się sezon biegowy. Drugi rok juniora. Ciężka praca przez całą zimę, pokonywanie swych słabości, setki kilometrów, pot, czasem łzy i złość. A po tym wszyskim miała przyjść nagroda - życiówki i wysokie miejsce na Mistrzostwach Polski Juniorów. Przygotowania zaczęły się bardzo intensywnie w listopadzie. W drugiej połowie tego miesiąca pojechałam na obóz kadry wojewódzkiej. To niestety był wysiłek podnad moje możliwości. Zmęcznie, twardy asfalt, górki, kamienie, nierówne ścieżki. To wszystko złożyło się na ból kości piszczelowej. Zlekceważyłam te objawy, myślałam, że to zapalenie okostnej lub przemęczenie. Miałam nadzieję, że jak zmniejszę intensywność treningów po zgrupowaniu to "przejdzie samo". Tak męczyłam się jeszcze cztery dni. Zaciskałam zęby i biegałam dalej. Wróciłam do domu. Smarowałam wszytskimi maściami, żelami jakie tylko miałam w domu. I kolejny tydzień walczyłam z bólem podczas treningów. Aż do dnia kiedy wstałam z łóżka i nie mogłam chodzić. To był dla mnie koniec. Koniec przygotowań, koniec marzeń o Mistrzostwach Polski, koniec tego co kochałam. Jedno z najgorszych uczuć, kiedy nagle ktoś zabiera nam to co jest dla nas najważniejsze... Uznałam, że poczekam tydzień, na pewno przestanie mnie boleć. Jednak siedzenie w domu nie zdziałało cudów. Kolejny tydzień i następny... Tak minął miesiąc. Niestety nic nie zmieniło się. Doszłam do wniosku, że czas iść do lekarza. Najpierw rodzinny. Doktor przepisała mi cudowną maść i kazała czekać na rezultaty 2 tygodnie. Nic. Lekarz chirurg. Skierował na prześwietlenie. Jego zdaniem nic tam nie zobaczył. Zaczęły się wizyty prywatne. Polecony od mamy koleżanki cioci brata... Otrzymałam uzdrawiający spray na nogę. Rezultaty? Jedynie odmrożona skóra. Aż wreszcie, po 2 miesiącach, za radą mojego trenera udałam się do centrum fizjoterapii w moim mieście. Tam zostałam zbadana, wykonano mi zdjęcie rentgenowskie, usg, przeprowadzno wywiad, różne testy funkcjonalne i wreszcie ostrzymałam diagnozę: złamanie zmęczeniowe kości piszczelowej. Otrzymałam opiekę i rehabilitację, w której głównym celem było zlikwidowanie bólu, a następenie analiza i korekta ewentualnych zaburzeń biomechanicznych, by wkońcu osiągnąć postać intensywnego treningu funkcjonalnego. W lutym, kiedy wszystko szło po myśli fizjoterapeuty rozpoczęłam treningi. Nie było wcale łatwo i wymagało to ogromnego samozaparcia. Ale dałam radę, przygotowałam się do Mistrzostw Polski, poprawiłam życiówki, a najważniejsze, że dostrzegłam, jak bardzo kocham bieganie i nie mogę bez niego żyć. Bo oczywiście podczas tych dni bez wysiłku fizycznego zdarzały się załamania, ból, płacz. Ale najważniejsze, aby wierzyć, że kontuzja minie i mieć osobę, w której można znaleźć oparcie w tej trudnej przecież dla biegacza ( dlatego dziękuję mojemu chłopakowi, że pomagał mi, wspierał i ocierał zły, kiedy mówiłam, że nic z tego już nie będzie). Dzisiaj, pomimo wielu przeciwności losu moja noga ma się dobrze i dalej biegam. Bólu nie odczuwam w żadnym stopniu. Co zmieniłabym, gdybym mogła cofnąć czas? Na pewno decyzję o zaprzestaniu treningów kiedy pojawił się przewlekły ból. Decyzja ta jest jedną z trudniejszych. Zwłaszcza, że tak jak ja, wiele osób, pomimo bólu robi trening, jeszcze jeden trening i jeszcze... Ale teraz wiem, że warto odpuścić trochę, aby nie doprowadzić swojego organizmu do poważnego urazu. Kolejną rzeczą, której się dosłownie wstydzę to czekanie w domu, nie pójście do lekarza specjalisty. Nie dość, że stracilam czas, to jeszcze pieniądze na lekarzy, którzy nie zajeli się mną w prawidłowy sposób. Mam nadzieję, że chociaż w pewnym stopniu ta historia da wam do myślenia. Nie popełniajcie tego typu błędów. Warto zainwestować w naprawdę dobrą rehabilitację i cieszyć się codziennym bieganiem :)   Magda K.