Gdybym mógł cofnąć czas... chyba tylko te słowa są w stanie oddać dramat pewnego ciągu wydarzeń, które niestety w dużym stopniu odmieniły moje krótkie... do niedawna pełne żywiołowości i nowych wyzwań 30 letnie życie.
Ze sportem, dla sportu i w sporcie byłem odkąd pamiętam... już jako mały, kilkunastoletni chłopak biegałem po podwórkowych boiskach za szmacianą piłką, nic wtedy więcej się nie liczyło, jak tylko jak najszybciej wrócić ze szkoły ubrać korki i pognać na umówione boisko, by o 16:30 pokopać z kolegami w piłkę. Kto by pomyślał, że to już wtedy, z początku nieświadomie zacząłem dokładać małe części do mojego kontuzyjnego worka pandory.
Beztrosko mijały lata, piłki i wysiłku z nią związanego było więcej i więcej... podstawówka, liceum i nareszcie studia... małymi kroczkami podwyższałem umiejętności, amatorską grę zastępował z każdym dniem większy profesjonalizm i poświęcenie w kwestii treningów i ilości rozgrywanych meczy. Studia, to okres, w którym do piłki doszły jeszcze biegi długodystansowe, wtedy też pierwszy raz posmakowałem "taplania się w błotku" - czyli lublinieckiego Biegu Katorżnika. Wciąż więcej i bardziej obciążałem swój organizm... nie bacząc na wpływ przeforsowania ciężkimi treningami pokonywałem kolejne biegi, półmaratony, rajdy przygodowe. Dodatkowo kilka razy w roku ruszałem na górskie szlaki - myślałem, że jestem nieśmiertelny, że siłą nóg i charakteru to pewna recepta na sukces i spełnienie... niestety jak za dotknięciem "nie"czarodziejskiej różdżki czar prysł... pewnego październikowego dnia, grając w ukochaną piłkę, wykonałem wyskok do główki i upadając, obciążyłem lewą nogę i usłyszałem głuche trzaśniecie... Nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji spróbowałem jeszcze chwilkę pograć, ale niestety, ból stawał się coraz większy...zszedłem na bok i już wiedziałem, że z kolanem będzie już tylko gorzej. Jeszcze tego samego dnia udałem się na izbę przyjęć jednego z warszawskich szpitali, gdzie lekarz ortopeda zawyrokował GIPS na 4 tygodnie i wtedy zobaczymy. Na szczęście, tego samego dnia udałem się na izbę przyjęć innego szpitala, gdzie kolejny lekarz rozciął gips i powiedział, że jeśli bym się zastosował do tej 4 tygodniowej gipsowej stabilizacji, z mojego rozbudowanego cztero- i dwu- głowego pozostałoby tylko wspomnienie... Lekarz zalecił kategoryczny odpoczynek , skierował na MRI i koniecznie nakazał chłodzić nogę żelowymi kompresami i co najwyżej stabilizować ją ortezą. Najważniejszym zaleceniem lekarza było jak najszybsze rozpoczęcie rehabilitacji, Mój dotychczasowy świat runął - o sporcie mogłem zapomnieć na co najmniej pół roku, bo jak się później okazało z USG, ponadrywałem więzadła poboczne piszczelowe i strzałkowe, więzadło rzepki, powięź i przyczepy mięśni. Jedynym "pocieszeniem" był fakt, że prawdopodobnie więzadło krzyżowe zostało tylko lekko naderwane przy przyczepie.
Wróciwszy do domu zastanawiałem się, co będzie dalej... czy kiedykolwiek wrócę do sportu i co mi zostało na przyszłość... Na szczęście, mój dobry kolega pomógł mi dostać się do świetnego rehabilitanta, który potraktował mój przypadek bardzo indywidualnie... na usprawnienie nogi, odbudowę mięsni, i wzmocnienie stawu poświęciłem ponad rok czasu, wielka w tym zasługa mojego rehabilitacyjnego opiekuna - postarał się abym oprócz zabiegów fizjoterapeutycznych miał jak najwięcej czasu na indywidualne ćwiczenia, abym jak najwięcej czasu spędzał na sali, ćwicząc niesprawną dotąd nogę. Dziś z pewnością mogę stwierdzić, że gdybym nie spotkał na mojej drodze tego "anioła" po studiach rehabilitacyjnych, dzień dzisiejszy nie byłby tak pozytywny i z nadziejami na przyszłość.
Od feralnego dnia, po którym niestety musiałem wziąć rozbrat z piłką nożną minęło 2,5 roku. DO najukochańszego sportu już nie wrócę bo rok temu po 15 min grania odnowiła się kontuzja, wtedy też na na szczęście znów mogłem liczyć na znajomego rehabilitanta i po kolejnym roku odzyskałem siły i z nadzieją patrzę na kolejne dni... W piłkę już nie pogram, ale przeanalizowałem i przewartościowałem wszystko co do tej pory robiłem i wiem, że są rzeczy z których zrezygnować bym nie potrafił... po żmudnej rehabilitacji wróciłem na wysokogórskie szlaki, w tym roku udało mi się pierwszy raz po 4 latach pojechać na narty a przedwczoraj ukończyłem pierwszy od 7 lat półmaraton w Warszawie (1h54min). Wiem, że jeśli bardzo czegoś chcemy to cały świat będzie dążył i pomagał nam aby się udało, widziałem sens rehabilitacji, choć po badaniu USG u najlepszej Specjalistki w naszym kraju otrzymałem wydruk na całą stronę z informacją, że moje kolano jest teraz na etapie 70 letniego mężczyzny, nie załamałem się, postanowiłem powalczyć o sprawność i choć ona nie będzie już taka jak kiedyś, na chwilę obecną pozwala mi prawie w 100% korzystać z uroków rekreacyjnego uprawiania sportu. Jesienią mam zamiar zdobyć Mount Blanc, zimą pojechać na narty, we wrześniu pobiec mój pierwszy maraton... a najbardziej marzę o tym abym kiedyś mógł choć chwilę pokopać w piłę z moim synkiem, ale na dzień dzisiejszy... już za 4 tygodnie na świat przyjdzie moja długo wyczekiwana Córeczka, więc do pchania wózka też trzeba mieć sprawne kolana :-) (nad Synkiem trzeba będzie jeszcze popracować J)
PS "a morał z tego taki, że trzeba się rozciągać przed i po sporcie dziewczęta i chłopaki... " Dziś, gdybym mógł cofnąć czas... również grałbym w piłkę, katował się w różnego rodzaju biegach, skakał po skałach... ale to czego jestem pewien - na pewno dużo więcej uwagi poświęciłbym na porządną rozgrzewkę przed każdym treningiem i meczem oraz doceniłbym zalety porządnego rozciągania po każdym takim wysiłku... nad sprawnym ciałem trzeba umieć zapanować i o nie dbać, bo nawet nie wiemy, kiedy minie nasza polisa na bez kontuzyjną passę.
Wojtek, 30 lat