Hej, oto moja SZTYWNA historia ;)

Hej wszystkim! Nie muszę Wam chyba opisywać jak wspaniałe jest bieganie. Tylko ja, muzyka, powiew świeżego powietrza i śpiew ptaków o poranku. Zaczęło się niewinnie jak to każdy amator "ale fajnie! Jutro też pobiegam!" Taaak to wciąga, a wręcz uzależnia. Wraz z nałogiem człowiek chce coraz więcej, to normalne jak to nałóg. 5km...10km... skończyło się po 20km dziennie. "Super!" Owszem... było super, dopóki nie zdawałem sobie sprawy jaką głupotą jest biegać codziennie po 20km. Po nieprzystosowaniu mięśni i zbyt wczesnym "zaatakowaniu" asfaltu przy takim dystansie pewnego pięknego dnia wróciłem z treningu, wziąłem jak zwykle prysznic i zrzuciłem bieg na komputer. Wszystko było ok do czasu kiedy się podniosłem... Po kilku godzinach czułem przeszywający ból jak piszczel. Był naprawdę nie do zniesienia (coś jak wbijanie gwoździa w nogę, ból promieniował po całej powierzchni). Okazło się, że wyszły mi "wesołe" kilometry. Nie wiedziałem co to jest, bałem się, że może jakieś pęknięcie, ale noga nie była spuchnięta lecz miałem uczucie odrętwienia, wręcz skrzypienia jak stara noga od stołu (jeszcze jedna do kompletu i mógłbym wtedy robić za drabinę). Było to zapalenie okostnej. Zaraz po zdarzeniu, powiedziałem o tym mojemu najlepszemu specjaliście tj. Ojcu, który w moim wieku był sprinterem. Polecił mi zimne prysznice na nogę (krioterapia) oraz maści rozgrzewające, (do dzisiaj pamiętam żar w nodze). Z jednej strony czułem się fatalnie... złapałem tą kontuzję na dodatek 2 dni przed wyjazdem wakacyjnym do Grecji i kuśtykałem jak kulawy koń. Myślałem, że ten wyjazd to będzie masakra... O dziwo... okazał się moją rehabilitacją. Gorący klimat, basen i zajęcią z sympatyczną animatorką od stretchingu, yogi i fitnessu okazały się balsamem na moją dolegliwość :D Tak naprawdę maści mogłem odłożyć na bok, samo słoneczko dodawało "żaru". Basen był jedynym miejscem gdzie czułem się swobodnie, że tak powiem "jak w domu". Mięśnie pracowały ale nie były aż tak obciążone. Stretching i fitness również pomogły mi rozciąganąć dolegliwość, ale... na yodze o mało nie zasnąłem, nie wiem nie leżało mi to ;)) Po około tygodniu czułem się jak nowy. Nigdy nie zapomnę kiedy wróciłem do domu, założyłem buty biegowe i zacząłem niepewnie stawiać pierwsze kroki... 1,2,3... biegnę! Nic nie boli... Cudownie! Jak pies spuszczony z łańcucha! Nie da się opisać dokładnie tej euforii jaką poczułem tak samo jak strachu przed powrotem tej kontuzji. Obecnie wzmocniłem mięśnie, korzystam z basenu oraz zacząłem się porządnie rozgrzewać. Niech to będzie dla was przestroga, nie róbcie jak ja, rozgrzewka do podstawa. No i oczywiście "Co za dużo to..." sztywna noga jak u pirata jak przesadzicie ;) Teraz się z tego śmieję i nazywam tą nogę Barnaba, ale nie życzyłbym najgorszemu wrogowi takiej kontuzji.  Pozdrawiam Dominik :)