Kręgosłup + elektroakupunktura + igłoterapia + rozcięgno podeszwowe + rak + samozaparcie = maraton :)

Cześć wszystkim! Cieszę się, że powstało to forum, bo właściwie nigdy nie miałem okazji podzielić się swoją historią w całości. Zawsze przekazywałem jakieś ułamki i urywki, ale teraz - skoro nadarzyła się okazja, podzielę się tym, co się działo przez ostatnie kilka lat. A zaczęło się niewinnie - od ławki na wf-ie w liceum :) Otóż nasz najwybitniejszy orzeł - wuefista - wymyślił wspaniałe ćwiczenie: przenoszenie ławki nad głową z prawej strony ciała na lewą. I w trakcie jednego z powtórzeń usłyszałem chrupnięcie w kręgosłupie i poczułem takie dziwne ciepło w lędźwiach, jakby coś się tam rozlało. Pomyślałem: "A tam, nic się nie dzieje przecież takiego!". No, i nic się nie działo. Dopóki nie zaczęły się uginać nogi pode mną. Potrafiłem iść spokojnie przed siebie, aż tu nagle jedna z nóg odmawiała mi posłuszeństwa i leciaaaałem jak długi. Zacząłem także odczuwać potworne bóle w plecach, w odcinku lędźwiowo-krzyżowym. Stwierdziłem, że nie ma żartów, więc poszedłem do fizjoterapeuty. Ten wsadził moją głowę w taką maszynę, która rozciągała całe moje ciało, w tym kręgosłup. Na 48h ból ustąpił i zacząłem się cieszyć, że po problemie i mogę wrócić do treningów (wyczynowo trenowałem karate). Do czasu. Dwa dni później...zacząłem tracić czucie w nogach. Chodziłem i poruszałem się, ale nie czułem nic poniżej pasa, takie odrętwienie. Ból był nie do zniesienia - z łóżka musiałem się "sturliwać", bo nie byłem w stanie wstawać. A zęby mogłem szorować tylko trzymając się drugą ręką umywalki :) Poszedłem zatem do traumatologa-szamana (ale byłem głupi!), który zaordynował...elektroakupunkturę. Co to takiego? Ano nic innego jak rażenie kręgosłupa prądem. Tak, zgadliście - nie pomogło. Lżej było jedynie mojemu portfelowi, bo całość bezsensownych zabiegów kosztowała 1.000 złotych... Następnie udałem się do kolejnego lekarza - tym razem do właściwego, bo do ortopedy. Ten zastosował na mnie terapię pt. "igłoterapia". Czym ona się różni od akupunktury? Tym mianowicie, że igły (dłuuuugie i grube) wbija się w krążki międzykręgowe. Ból nie do opisania. Na kolejne zabiegi brałem ze sobą drewnianą łyżkę, którą zagryzałem. Zdiagnozowano wypukline jądra miażdżystego - miałem szczęście, że nie doszło do przepukliny, czyli zawartość jądra nie "wylała" się na zewnątrz. Czy udało się mi w końcu pomóc? Częściowo - igłoterapia obniżyła ból kręgosłupa na tyle, że byłem w stanie funkcjonować. Zaparłem się w sobie i stwierdziłem, że skoro chce się ze mnie zrobić kalekę, to jeszcze trochę o siebie powalczę. Zapisałem się na siłownie i zacząłem pracować nad muskulaturą, a w szczególności nad mięśniami dolnej partii pleców. I tak krok po kroczku, im więcej systematycznie wkładałem na sztangę, tym bardziej ból mijał. Obecnie tylko czasem mnie zakłuje, a na sztangę nie wrzucam już mniej niż 100 kg :) Ale to był dopiero początek moich bojów zdrowotnych! Wymyśliłem sobie...że przebiegnę maraton. I tak zacząłem sobie biegać amatorsko, bez przygotowania i w butach kompletnie dla mnie nieprzeznaczonych (biegałem w butach dla supinatorów, podczas gdy jestem pronatorem). I razu pewnego, przy biegu ok. 11-kilometrowym, zaczęła mnie boleć stopa, konkretnie jej podbicie. Machnąłem ręką i pomyślałem "A tam, nic się przecież nie dzieje!" (deja vu? ;) ).Wróciłem do domu (biegiem, a jak!), wziąłem prysznic i usiadłem przed komputerem, żeby w ramach relaksu potreningowego obejrzeć sobie jakiś film. Po 1,5h wstaję od komputera i... łup na ziemię! Nie mogę stanąć na stopie. Diagnoza: zapalenie podeszwa rozcięgnowego. Zarekomendowane leczenie: leki przeciwzapalne i ZMIANA BUTÓW NA WŁAŚCIWE (bo tym właśnie zrobiłem sobie krzywdę). I plan rozprawienia się z Cracovia Maraton spalił na panewce... Z treningów wyłączony byłem na kilka miesięcy, ból ustąpił po kilku tygodniach. Do zaleceń lekarza stosowałem się i brałem wszystkie przepisane leki przeciwzapalne. I tak bym właściwie skończył swoją przygodę z bieganiem, ledwo zaczętą, gdyby nie to, że ktoś bardzo mi bliski niespodziewanie usłyszał miażdżącą diagnozę - rak. I zaczął on bezwzlędną walkę z tym choróbskiem, nie poddając się nikomu i niczemu! Pomyślałem wtedy: skoro on jest w stanie podjąć leczenie i walczyć z taką chorobą, to ja nie dam rady przebiec 42 km?! I wróciłem do biegania. Nałożyłem na nadgarstek żołtą opaskę LIVESTRONG. Dlaczego? Czytajcie dalej, to się dowiecie! :) Mijały moje miesiące treningu, a jego - walki z chorobą. W końcu udało się opanować ją na tyle, że właściwie w dniu dzisiejszym już tylko trzeba kontrolować, czy nie ma nawrotów. Zwycięstwo, okupione ogromem silnej woli i samozaparcia. A ja zdecydowałem się zaatakować Poznań i zmierzyć się z dystansem królewskim.I...udało się! :) Po co była ta opaska na moim nadgarstku? Jak przebiegłem Maraton, przekazałem ją tej osobie, która pokonała raka - to dla niej właśnie przebiegłem maraton. Do teraz nosi ją na nadgarstku - przypomina o odbytej walce. A ja? Ja zalożyłem kolejną opaskę LIVESTRONG na nadgarstek i szykuję się do kolejnego maratonu... Jak go pokonam, przekażę opaskę dalej! :)



Niesamowita historia! Czy jak tak rozpatrywałeś walkę za pierwszym razem, miałeś kogoś kto Cię wspierał? Czytałeś/Oglądałeś coś motywacyjnego czy taka o wewnętrzna potrzeba? Pytam bo wf kojarzy mi się raczej z czasem szkoły podstawowej kiedy człowiek jeszcze nie zdążył jeszcze wypracować w sobie tak silnej woli.

Od szkraba nauczony byłem determinacji i nie poddawania się - od 7 roku życia ćwiczę karate. Wszyscy dookoła mówili mi, że mam odpuścić, przestać ćwiczyć, dać sobie spokój - ale ja na przekór wszystkim wolałem dawać z siebie wszystko, zacisnąć zęby i walczyć o swoje. I koniec końców - udało się. I po tym wszystkim dochodzę do jednego wniosku: nie są ważne w gruncie rzeczy życiówki, pobijane raz za razem rekordy na coraz większych dystansach, "ucinanie" minut (albo nawet sekund) na zawodach. Nie jest też ważne, kto ile zarzuci na sztangę i ile razy to podniesie. Dla mnie najwżniejsze jest to, że jak spotykam się z ojcem, to na jego ręce wciąż niezmiennie widnieje żółta opaska LIVESTRONG...