Młody, ambitny i ... niepokorny - problemy z kolanem

Moja historia miała miejsce w ostatnich miesiącach zeszłego roku. Obecnie jestem najbardziej związany z bieganiem długodystansowym, jednak kontuzja której się nabawiłem była spowodowana piłką nożną.

Kontuzji nabawiłem się podczas jednego z meczów ligowych w futsal. Warto wspomnieć, że na mecz przyjechałem wyjątkowo spóźniony, a że terminarz rozgrywanych meczy jest bardzo napięty i trzeba rozpocząć grę co do minuty, to nie miałem czasu na rozgrzewkę. Co niestety przyniosło skutki, w czasie jednej z akcji niefortunnie stanąłem i noga poszła mi w bok, w stawie kolanowym. Momentalnie sprowadziło mnie to do parteru. O własnych siłach opuściłem boisko. Za linią końcową próbowałem jeszcze to rozbiegać, ale… niestety się nie udało. Mecz się dla mnie zakończył.

Po powrocie to domu od razu sięgnąłem po maści chłodzące (np. Ice Gel) i zabandażowałem sobie to kolano. Na szczęście w nadchodzący weekend nie miałem w planach żadnych zawodów. Przerwa wpłynęła dobrze na kolano i czułem większą stabilizacje, jednak to wciąż nie było 100% sprawności.

Jednak poprawa sprawiła, że… tydzień po odniesieniu kontuzji zdecydowałem się wesprzeć chłopaków w kolejnym meczu ligowym. Wiadomo, że decyzja z rozsądkiem wiele nie miała wspólnego, ale… niestety taki już jestem – jeśli sam się nie przekonam to nie uwierzę. I … przekonałem się już po 4 minutach. Chciałem się po prostu odwrócić z piłką, kolano nie wytrzymało i już koledzy pomagali mi opuszczać boisko.

W końcu dotarło do mnie, że czeka mnie dłuższy rozbrat z aktywnością sportową… Tak właśnie, docierało albo i nie, bo w weekend jeszcze raz dopuściłem się czynu skrajnie nieodpowiedzialnego i pojechałem do Katowic, żeby wystartować w teście Coopera. Noga wysmarowana, obandażowana miała bardzie nie ucierpieć. Przecież tempo nie będzie jakieś szalone, tym bardziej gwałtownych zwrotów też raczej nie będę robił. Powiecie pewnie, że powinienem sobie odpuścić, ale… niestety nie należę do takich osób. Miałem wyznaczony cel, chciałem pobiec… i pobiegłem. Szczęśliwie nie pogorszyłem swojej sytuacji, ale… na poprawę też to znacznie nie wpłynęło. Wynik biorąc pod uwagę kontuzję był całkiem niezły – 2970 metrów. Obiecałem sobie jednak, że dopóki nogi nie wyleczę to więcej startów planować nie będę.

Kolano było niestabilne, bolało przy lekkim wyproście i noga trochę „uciekała”. Oczywiście wszystkiemu towarzyszyła opuchlizna. Smarowanie i „oszczędzanie” nogi nie przynosiło jakichś większych efektów, więc… dałem się nawet na mówić na pójście to lekarza – niezbyt szybko, bo w zasadzie po miesiącu od pierwszego odniesienia kontuzji.

Do lekarza poszedłem prywatnie. Wizyta trwała może 15 minut. Po zadaniu kilku pytań, zobaczeniu kolana zdecydował, że… ściągnie mi wodę z kolana. Kto miał zabieg ten wie, a kto nie miał to niech wie, że nic przyjemnego. Sam ściąganie wody nie poszło do końca pomyślnie, bo igła się zatykała i całej wody nie udało się ściągnąć. Lekarz zalecił mi także zimne okłady i … skasował odpowiednio.

Efekty. Po ściągnięciu wody kolano zmniejszyło swoje rozmiary aczkolwiek wciąż było lekko opuchnięte. Zimne okłady i oszczędzanie kolana też przynosiło odpowiednie efekty, bo ból przy wchodzeniu po schodach nie był już taki duży. Jednak trzymając się zaleceń lekarza – przerwa miała trwać przynajmniej 4 tygodnie. Tym razem skrupulatnie się do tego zastosowałem i nie robiłem nic, aż do połowy grudnia. Jedynie jakiś basen, gdzie też starałem się delikatnie pracować nogami.

Po tym czasie wybrałem się na lekki trening biegowy, biegło się dobrze, bez żadnych problemów, ale kroki wciąż stawiałem z ostrożnością, bo wiedziałem, że jeden źle postawiony może przywrócić mój koszmar. Mimo, że wszystko wracało do normy dla pewności po świętach postanowiłem się wybrać jeszcze raz na kontrolę do lekarza (innego niż za pierwszym razem).

Lekarz – ortopeda w szpitalu wojskowym. Powyginał mi tą nogę, poszarpał i skierował na USG kolana. Na USG byłem dość długo badany, a raczej moje kolano obserwowane i … wszystko podobno było na swoim miejscu. Miałem już 100% pewność, że mogę wracać do normalnych treningów. Rozpocząłem je z lekką obawą i stabilizatorem ale wszystko szło dobrze.

Dzisiaj po pół roku, a 4 miesiące po zakończeniu leczenia, jest już wszystko ok. Trenuję z pełnym obciążeniem, przygotowuję się do triathlonu i nawet wróciłem do grania w piłkę na dużym boisku. Momentami czuję jednak, że kolano jest osłabione i w przypadku niefortunnej interwencji może się coś stać.

Podsumownie. Co zrobiłbym inaczej? Na pewno się dobrze rozgrzał przed tamtym pierwszym meczem. I oczywiście starałbym się być bardziej rozsądny i odpuścił ten drugi mecz, chociaż… znając siebie to i dzisiaj miałbym naprawdę spory dylemat czy zrezygnować z tego meczu czy jednak zagrać.

Szanujmy zdrowie, uprawiajmy sport, ale z głową! Sport to zdrowie, ale… dopiero w połączeniu z rozsądkiem!