Majka i jej staw skokowy

Jak doszło do kontuzji?
Kontuzje uwielbiaja zdarzac sie w najmniej odpowiednim momencie, ten fakt powinien byc potwierdzony naukowo. Absolutnie nie przypaleta sie taka, kiedy masz slabszy sezon, kiedy nie idzie, kiedy nie przepracowalo sie calej zimy. Ta franca dopadnie, kiedy jest sie w najwiekszym "gazie", kiedy zima byla wykorzystana w 200%, kiedy sezon otwiera sie "z przytupem", kiedy robi sie wyniki na mega wysokim poziomie a wyjazd na sportowe stypendium do USA jest "tylko" kwestia dokonczenia sezonu. Ta paskuda dopadla mnie wlasnie w takim momencie. Jak nigdy caly sezon przygotowawczy i otwarcie sezonu przeszlam wrecz ksiazkowo. Teraz wiem, ze bylo az za dobrze;) Zabrzmi to banalnie, ale nigdy nie zapomne tego dnia. Mial to byc moj debiut na przeszkodach, byla paskudna pogoda, zimno, na kilka minut przed startem, kiedy sedzia zagwizdal aby przygotowac sie do startu, spadla ogromna ulewa. Sedziowie sie smiali, ze mimo tego puszcza bieg, bo i tak zmokniemy w rowie z woda;) Pobieglysmy. Bieg ukladal sie wzorowo. Bieglam szybciej niz bylo to w planach. Ulewa byla okropna, ciagle lalo, na kilka metrow przed przeszkodami nie bylo ich widac, wiec bieglysmy mozna powiedziec w ciemno. Ostatnie okrazenie, zostaly do pokonania 3 przeszkody w tym row z woda, 120m przed meta. Nabieg, naskok, zeskok - prawdopodobnie sie poslizgnelam na belce - pamietam, ze wpadlam do rowu jak wor ziemniakow:p zanurkowalam, ale ze byla to wlasciwie ostatnia prosta do mety postanowilam walczyc do konca. Niestety po trzech krokach nie bylam w stanie biec. Cos sie stalo ze stawem skokowym. Upadlam, i przeczolgalam sie na boczny tor.

Co zrobiliśmy zaraz po zdarzeniu?
Ciagle lalo. Bylam przemoczona do suchej nitki, nie dosc, ze ulewa, to jeszcze kapiel w rowie - na dodatek plakalam, plakalam doslownie rzekami lez, bo wiedzialam, ze nie jest dobrze. Takiego bolu nie czulam chyba nigdy. Zostalam zniesiona z biezni i udzielono mi pierwszej pomocy(zamrozenie, schlodzenie, bandaz). Noga w stawie skokowym byla spuchnieta jak balon. Z gluopoty nie dalam sie namowic na izbe przyjec, wiedzialam, ze pierwsze co, bedzie zakaz trenowania, a ja przeciez musialam biegac! Chcialam byc madrzejsza od lekarzy, mysle sobie tydzien dwa lekkiego odpoczynku, chlodzenia nogi i wroce, przeciez nie raz i nie dwa podkrecilam kostke, prawda?

Co było potem, jak przebiegały pierwsze dni od zdarzenia?
Ale po kilku dniach ciaglego bolu i niezmniejszajacej sie opuchlizny w koncu wyladowalam jednak u lekarza. Noga byla w fatalnym stanie. Dokladnie nie pamietam diagnozy, wiem, ze torebka stawowa nie byla zerwana, nawet kostka nie doznala jakiegos mocnego skrecenia, natomiast wiezadla i sciegna byly maksymalnie ponaciagane, czesc zerwana, pamietam, jak lekarz sie dziwil, bo podobno bardzo rzadko sie taka sytuacja zdarza. Mialam do wyboru - albo operacja, ale wlasciwie bez szans na powrot do biegania, albo probujemy bez operacji, tu wieksza szansa na trenowanie, ale za to z bolem. No, ja z bolem nie dam rady trenowac? Nie zgodzilam sie na operacje. Pierwsze dni byly straszne, minimum 3miesiace bez najmniejszego wysilku, dla osoby, ktora zyje, pracuje bieganiem - nie do przyjecia. Czarne mysli, bol, noga w szynie, chodzenie o kulach, zastrzyki przeciwzakrzepowe. I tak w kolko. Szczerze mowiac niewiele pamietam z tego okresu.

Jak przebiegała rehabilitacja?
Po sciagnieciu szyny zaczelam rehabilitacje. Ultradzwieki, magnetroniki, wiry wodne, fizjoterapia, krioterapia, zajecia z rehabilitantem. Bylo tego mnostwo. Po trzech miesiacach treningi zastepcze w basenie. Noga caly czas bolala, ale przeciez lekarz o tym informowal. Nie zdawalam sobie w tamtym momencie jednak sprawy, ze bedzie to taki bol. Ze przejscie do sklepu po chleb bedzie problemem. Ze zaprzyjaznie sie ze stabilizatorem na stale(nawet dostal swoje imie - Oskar;)) . Ze ruchomosc w stawie nie bedzie taka sama jak wczesniej. No i ze, po powrocie na bieznie, noga nie bedzie w stanie wytrzymywac nawet 1/3 wczesniejszych obciazen treningowych. Po jakims czasie pojawila sie nadzieja - takiej samej kontuzji doznal jeden z czolowych polskich płotkarzy - od operacji w klinice w Niemczech do powrotu na bieznie minelo u niego doslownie kilkanascie dni. Niestety, po uslyszeniu ceny nadzieja sie rozmyla;) Stopniowo zaniechalam treningi. Bardzo ciezko bylo skonczyc z zyciem na walizkach, z zyciem od jednego obozu do drugiego, z dnia na dzien. Ilez to ja razy mowilam, ja im jeszcze pokaze;) ile razy robilam wielkie powroty, ktore konczyly sie jeszcze wiekszym upadkiem;)

Jak jest dziś i co zrobilibyśmy inaczej?
Mozna gdybac, co by bylo gdyby;) Juz sie nie zastanawiam, co moglam w ten dzien zrobic inaczej. Stalo sie i widocznie tak mialo byc:) Bylam do sezonu przygotowana, na pogode nie mialam wplywu, do rehabilitacji podeszlam z wielkimi nadziejami, przykladalam sie w 200%, a zebranie sumy na operacje w Niemczech bylo kompletnie nieosiagalne. Jak jest teraz? Jestem szczesliwa. Biegam! Biegam dla siebie, przekraczam swoje granice, bije zyciowki.......ale w biegach ulicznych:) polmaratony, maratony, biegi gorskie, w planach ultramaraton:) Trenuje innych. Prowadze grupy biegowe. Zarazam bieganiem;) ....... A na miesiac przed niedoszlym wylotem do USA poznalam swojego obecnego meza, mamy synka:) Takze.... Tak mialo byc! A koniec koncow - biegac moge. I to nawet bez bolu! (chyba, ze zbiera sie na burze;))

Maja Sokołowska