Moja historia - trzykrotnie skręcone kolano, dwie ingerencje chirurgiczne, słabe ciało, a potężne pragnienie wolności.

Mam na imię Jakub, trenuję FreeRuninng od paru dobrych lat.  Cała historia zaczęła się ciepłego letniego wieczoru. Pomimo zmęczenia całodniowym treningiem, zachodzące słońce, brzozowy park i owiewający twarz letni wiatr dodawało mi energii abym jeszcze ukoronował koniec dnia ciekawą ewolucją. Pomyślałem to tej ten czas, otworzyłem szerzej oczy i ruszyłem biegiem w stronę lekko pochylonego drzewa. Dokładnie pamiętam to uczucie - dwa kroki na drzewie i mocne odbicie w górę, zakręciłem salto w stronę drzewa (tzw. two step invard wall side). Już miałem lądować, będąc jeszcze chwile w powietrzu czułem że to jest właśnie dobrze wykonany trick, a tu nagle trach... kontakt w ziemią sprawił mi potężny ból.... aa kolano... Uczucie rozrywanego stawu. Jakby ktoś wygiął mi nogę w stawie kolanowym w bok, a później noga samoistnie powróciła do pierwotnej pozycji. Po chwili wróciłem częściowo do rzeczywistości - tak mam skręcone kolano ... i co teraz ?  Jeszcze tego samego dnia noga dość spuchła, zakres zgięcia kolana poważnie się ograniczył. Następnego dnia zgłosiłem się do lekarza. Diagnoza brzmiała: kolano skręcone, trzeba gips. Słysząc to zacząłem zadawać pytania ale co z więzadłami – czy są całe? Lekarz powiedział że nie jest tego w stanie określić ponieważ kolano było mocno obrzęknięte. Za dwa tygodnie miałem się zgłosić na ściągnięcie gipsu. Po 3 dniach z gipsem, utrudniającym znacznie funkcjonowanie postanowiłem go zdjąć na własną rękę. Kilka miesięcy intensywnej rehabilitacji i noga wróciła do pełnej sprawności. Na początku czułem niestabilność stawu ale później byłem już w stanie kontrolować ją mięśniami. Wróciłem do treningów Free Runingu. Będąc nieświadomy braku więzadła byłem zadowolony z szybkich postępów. Niestety w 9 miesięcy po poprzedniej kontuzji znalazłem się w tym pamiętnym parku o zachodzie słońca i energią do treningu. Wyszedłem w powietrze zakręciłem śrubę i lądując poczułem to nieprzyjemne uczucie skręcającego się w bok kolana. Oczy zalały mi się łzami, bo przecież tak bardzo chciałem trenować i dalej się rozwijać, a tutaj skrzydła podcięte. Tym razem skontaktowałem się z lekarzem sportowym który skierował mnie na artroskopię. Okazało się że więzadło ACL było już wcześniej zerwane, a tym razem tylko pogłębiłem uraz nadwyrężając pozostałe więzadła, powodując ubytek w chrząstce. Zostałem poddany mikrofakturacji oraz skierowany na rekonstrukcję więzadła przedniego krzyżowego ACL. Po pięciu miesiącach oczekiwania na wygojenie się stawu, byłem gotów do zabiegu rekonstrukcji. Postanowiłem poddać się zabiegowi w prywatnej klinice sportowej (koszt zabiegu wtedy oscylował w granicy 13 tysięcy złotych).  Chciałem mieć pewność, że kolano zostanie w pełni naprawione. Oprócz więzadła miałem jeszcze radialne uszkodzenie łękotki. Po zabiegu przeszedłem kilkanaście bolesnych dni,  spowodowanych poważną ingerencją w staw kolanowy. Później ból już był coraz mniejszy. Opuchlizna zeszła a kolanko goiło się jak należy. Zacząłem intensywną rehabilitację – najpierw w klinice w której miałem wykonywany zabieg, a następnie po zapoznaniu się z wytycznymi fizjoterapeutów na własną rękę w domu. Po roku noga wróciła do wysokiej sprawności. Cały czas jednak czułem strach przed forsowaniem nogi i wykonywaniem ewolucji. Dość się już nacierpiałem. Po ponad roku po rekonstrukcji jak w starym chińskim przysłowiu – „ co zdarzyło się raz może już się nigdy nie powtórzyć, ale co zdarzyło się dwa razy zdarzy się na pewno i trzeci.”  - znalazłem się w tym samym parku. Chciałem wykonać jedną z moich ulubionych ewolucji – czyli biegnąc wykonujemy salto bokiem i lądując wykonujemy od razu kolejne. Przy lądowaniu po pierwszym salcie poczułem przeciążenie na staw kolanowy (tym razem w drugą stronę niż zwykle) i po chwili usłyszałem tępy trzask wydobywający się z wnętrza mojego kolana. Przed oczyma miałem te wszystkie chwile które poświęciłem na walkę ze słabościami swojego ciała i powrotem do zdrowia. Było mi bardzo przykro że skrzydła, które cały czas próbuje wyhodować są podcinane. Po do domu obserwowałem cały czas nogę. Na następny dzień nieco spuchła i zmniejszył się zakres ruchu. Podejrzewałem uszkodzenie łękotki i naciągnięcie więzadła bocznego. Na szczęście nie uszkodziłem przeszczepu ACL. Tym razem obyło się bez wizyty u lekarza. Opuchlizna szybko zeszła a zakres zgięcia po rehabilitacji wrócił do normy. Zazwyczaj wraz ze schodzącą opuchlizną wraca zakres zgięcia. Powróciłem do treningów, teraz wykonuję tylko niektóre ewolucję, dużo więcej natomiast biegam. Odczuwam jeszcze czasami ból w szparze stawowej po intensywniejszym treningu ale z dnia na dzień jest on coraz mniejszy i zanika. Jestem szalenie szczęśliwy, że mogę dalej trenować. Bardzo ważne jest aby po kontuzji kolana jak najszybciej zgłosić się do lekarza w celu weryfikacji ewentualnych uszkodzeń stawu. Uważam, że nie należy godzić się na założenie gipsu, moim zdaniem jest on niepotrzebny. Zaraz po urazie nogę należy dobrze ustabilizować. Ale w miarę możliwości powinno się ją stopniowo zginać – coraz bardziej i bardziej . Z moich obserwacji wynikło że to przyśpiesza znacznie regenerację kolana i ustępowanie obrzęku. Bardzo ważne jest również chłodzenie nogi lodem oraz zimnym prysznicem. Dobrze jest ją cały czas masować. Po operacji wygląda to troszkę inaczej ale myślę, że to już lekarz da wam wszelkie wytyczne. Nie należy się poddawać, pomimo naszego niedoskonałego ciała obdarzeni jesteśmy wolą walki, która dobrze skierowana przyśpieszy regenerację ciała i pomoże nam wrócić do zdobywania szczytów  J Chciałbym aby moja historia był zarazem pewnego rodzaju przestrogą ale przede wszystkim motywacją i pomocą dla osób które doznają podobnych kontuzji. Nie traćcie wiary – dopóki walczycie Zwyciężacie !   Pozdrawiam Jakub