Moja kontuzja - Poradnik jak nie postępować
Tak się zastawiam, czy prościej jest pisać o sukcesach, czy o kontuzjach. Spróbuje się podzielić z wami moją historią i w zasadzie dam przestrogę w jaki sposób nie postępować. Niech to będzie instrukcja dla wszystkich, którzy lekceważą kontuzję, nie przykładają uwagi do leczenia i tym podobnym.
Ta historia będzie dotyczyć kostek, zdrowo zmasakrowanych, niewyleczonych i przyprawiających mnie o dreszcze na samo wspomnienie, co się przez 28 lat mojego życia z nimi działo.
A wszystko zaczęło się tak..
Jako młody ambitny facet zawsze przykładałem mega dużo uwagi do sportu. Sport to w zasadzie sens mojego życia. Jako 14 latek zacząłem uprawiać siatkówkę, trenowałem 4 razy w tygodniu i od tego zaczęła się moja smutna, mam nadzieje pouczająca historia.
Wiadomo jak się ma lat 14, to przecież skręcenie leczy się przez 3 dni i nawet nie trzeba iść do lekarza. Tak sobie to bagatelizowałem dopóki każde kolejne skręcenie, okazywało się coraz bardziej bolesne. W ramach przypływu lat, człowiek niby zmądrzał i zaczął chodzić do lekarza, przy każdym takim zdarzeniu. Po jakimś czasie siatkówka okazała się już mniej interesująca, to zacząłem się zajmować koszykówką z równie dramatycznym skutkiem co siatkówka. Przyszedł rok 2010 i 2 skręcenia po sobie. Oczywiście już wiedziałem jak reagować. Oczywiście lekarz, RTG i ta sama diagnoza: Altacet, lód, noga w górze i maści innego typu (zazwyczaj przeciwbólowe). Stwierdziłem, że to definitywny koniec z koszykówką i czas zająć się czymś innym. Po tych ostatnich skręceniach, skutki były dramatyczne, ponieważ problemem stało się nawet podnoszenie palców (i tu bardzo dziękuje ośrodkowi rehabilitacji w Mikołowie). Niestety waga również wzrosła do 98kg i z dnia na dzień stwierdziłem, że muszę to zrzucić i czas zabrać się za bieganie. To zacząłem bardzo ambitnie. Od marca do grudnia prawie 2000km. Przebiegnięty maraton poniżej 4 godzin :) i 14 kg w dół. Trochę jednak odczuwałem kostki, więc spotkałem się z moją znajomą panią chirurg, która po zrobieniu USG, powiedziała, że jestem powinienem chyba zmądrzeć i że mam wyluzować ale podjęła się rehabilitacji moich „doświadczonych kostek”. W trackie rehabilitacji miałem basen, lampę bioptron oraz maści przeciwzapalne takie jak Butapirazol. Wszystko zaczęło się układać cudownie, biegałem bez bólu, coraz lepszy pace na bieganiu. No ale oczywiście nie może być happy endu.
I co? Znów przydarzyła mi się siatkówka :/ Zacząłem odbijać amatorsko z chłopakami, a pod siatką spotkałem się z „młodszym bratem” A jak jest pierwsza zasada gry przeciwko młodszemu bratu: „NIE ODPUSZCZAJ” a druga „POKAŻ ŻE JESTEŚ LEPSZY” i tak pokazałem, że kozioł gimnastyczny który stał obok siatki stał się moją ofiarą. Niby nic, nadepnąłem na niego tylko. Lekka opuchlizna nic specjalnego. Oczywiście nauczony przykładem, że zawsze jest to samo, sam zacząłem się leczyć. Lód, altacet, noga w górze. Jednak po 2 tygodniach ból jakoś nie chciał przejść, więc wybrałem się do mojej pani chirurg. Pokrzyczała , użyła kilku dobrych argumentów, żeby udowodnić mi, że jednak jestem nieodpowiedzialny (z czym się muszę zgodzić) ale wreszcie poszliśmy na USG. Pytam jej: „Jak to wygląda?” … Stawy czyściutkie, Jacek Ty to chyba udajesz”. Złapała jednak pod kostką i tu była przyczyna. Niestety złamałem kostkę… I mógłbym się dalej rozpisywać, jak przez 6 tygodni zalewała mnie krew i nie mogłem biegać, a cała aktywność opierała się na podnoszeniu ciężarów na siłowni. Jak mając kwiecień, dopiero tak naprawdę rozpoczynam bieganie i jak mi z tym źle.
Wypadałoby zakończyć tą historię morałem np. : „Ludzie nie grajcie w siatkówkę bo to zrujnuje wam kostki” ale niestety nie oto chodzi. Po prostu nie lekceważcie kontuzji, idźcie do lekarza, zróbcie badania, bo leczenie na własną rękę może działać ale na krótką metę.
Pozdrawiam
Jacek
PS
Bardzo chciałbym podziękować mojej pani doktor, która ma do mnie niesamowitą cierpliwość, wyrozumiałość i toleruje moje „wybryki”







