Najgłupsza kontuzja świata

Biegam z przerwami od 3 lat. W tym roku postanowiłam przebiegać w końcu także zimę. Aby motywacja była skuteczniejsza zdecydowałam, że już czas na pierwszy półmaraton. W internecie znalazłam trening i zaczęłam trenować zgodnie z zaleceniami do Półmaratonu Warszawskiego. Grudzień by super nie za zimno, nie za mokro idealnie. Stopniowo się rozkręcałam. Pod koniec stycznia przyszły mrozy, na Podlasiu wyjątkowo siarczyste, ale i one mnie nie powstrzymały. Biegałam w śnieżycy, po zmarzniętym śniegu, nic mnie nie powstrzymało. Na dwa tygodnie przed półmaratonem po raz pierwszy w życiu przebiegłam 15 kilometrów. Zajęło mi to co prawda 1 h 30 minut ale mi dało najważniejszą pewność, że 25 marca 2012 roku dotrę do mety i to nawet w nie najgorszym czasie (jak na pierwszaka:). Tak zapewne by się stało gdyby nie najgłupsza kontuzja świata. Dwa dni po moim „super treningu”, działając jeszcze na porannym autopilocie, najmniejszy palcem stopy zahaczyłam o nogę od kanapy, nogę o wysokości trzech centymetrów. To bardzo bolało. Palec zmienił trochę wygląd i umiejscowienie w stopie. Ale ciągle jeszcze łudziłam się, że to tylko „lekkie” zbicie. Trochę altacetu i sposobów mojej mamy nauczycielki wuefu i będzie ok. Z takim przeświadczeniem poszłam do pracy. Co prawda mogłam założyć już tylko super szerokie buty typu „emu” ale jakoś dojechałam. (Automatyczna skrzynia biegów w takiej sytuacji to zbawienie:) W pracy stwierdziłam, że jednak warto odwiedzić lekarza. Tak na wszelki wypadek. I odwiedziłam. Okazało się, że mój malutki paluszek jest złamany, wymaga nastawienia i przez najbliższe tygodnie wymaga stabilizacji. I owszem stabilizowałam go, ale ponieważ takiego maleństwa (na szczęście) się nie gipsuje więc ortopeda założył mi tylko opatrunek z szyną usztywniającą. Pierwszy dzień po lekarskich zabiegach grzecznie leżałam z nogą na poduszce i pozwalałam kości zrastać się, kolejnego zaczęłam sprzątać mieszkanie (ile można leżeć) a wieczorem jeszcze byłam nawet w pracy co prawda 2 godzinki, ale jednak. Później było już z górki. Tak po tygodniu pozbyłam się niewygodnej szyny. Tylko uważałam na stopę. W tydzień po złamaniu byłam już w pracy i z każdym dniem swobodniej mogłam chodzić ale o bieganiu nie było mowy. Półmaraton Warszawski odbył się więc beze mnie:( Bez biegania wariuję, biegacze wiedzą o co chodzi:) I ponieważ już mi ten nieszczęsny palec tak bardzo nie doskwiera więc dwa tygodnie po „najgłupszej kontuzji świata” dziś po raz pierwszy trochę pobiegałam. 6 i pół kilometra na początek. Tylko zastanawiam się, czy to dobrze dla palca? W trakcie biegu czułam, że jest inny bo nie mogę powiedzieć, żeby mnie bolał. Ale po treningu przy zakładaniu innych butów trochę już pobolewał. Teraz już jest ok. Tak więc czy jeśli stopniowo będę wracała do treningu, powiedzmy bieganie 3 razy w tygodniu, to sobie nie zaszkodzę? Nie wiem, bo nigdy nie miałam niczego złamanego. Pozdrawiam wszystkich kontuzjowanych:)