Od zera do bohatera
Hej wszystkim!!!
W zeszłym tygodniu pisałem o zapaleniu okostnej, a dzisiaj chciałbym się z wami podzielić moim niedawnym bólem (oczywiście nie dosłownie ;)) ). Wszystko wydarzyło się niedawno, półtora miesiąca temu. Po wyleczeniu tamtej dolegliwości zrobiłem się pewniejszy siebie, doszedłem do wniosku, że już jestem na tyle wytrenowany, że nic mnie nie powstrzyma, a jak to mówią "co cię nie zabije, to cię wzmocni". Biegałem regularnie, dzień w dzień, podobnie jak wtedy coraz dłuższe dystanse, zaczynało mi brakować umiaru. Chciałem więcej i więcej, nie potrafiłem nad tym zapanować, nie wiem czemu, czułem się w pełni formy, a endorfina robiła swoje. Łagodząc każdy ból, wszystkie drobnostki na drugi dzień przechodziły do czasu... kiedy wpadłem na "genialny" pomysł i postanowiłem pobiec 2 dystanse na Biegu Chomiczówki "2 dystanse? czemu nie! Przecież codziennie tyle zasuwam!" Owszem, zasuwałem, ale nie uwzględniłem jednego... na zawodach jest jeszcze bodziec, który budzi chęć rywalizacji i biegniemy innym tempem. Puchar Bielan przeleciałem, w końcu to tylko 5km. Potem przyszedł czas na Chomiczówkę. Następne 15km, dłużyło się ale przebiegłem swoje. Wszystko było ok dopóki nie wróciłem do domu i zauważyłem, że schodzi mi paznokieć. Trudno, pomogłem mu zejść co na drugi dzień okazało się moją zgubą. Poszedłem jak zwykle po 5 nad ranem, wybagałem swoje kilometry i pod koniec przy moim domu, do dzisiaj pamiętam to felerne zdarzenie. Tak się skupiałem na nodze bez paznokcia, że nie przywiązywałem większej uwagi do prawej, to był moment... Przez przypadek źle "tąpnąłem" i poczułem dziwne ukłucie jak mięsień dwugłowy a pośladek "E tam! to pewnie nic!" pomyślałem. Kolejny raz byłem w błędzie... Zadowolony z siebie zrzucam bieg, biorę prysznic, jem śniadanko. Za godzinę moja mama wyciąga mnie na zakupy wstaję i... upadłem na ziemię... niesamowity ból w tym samym miejscu gdzie mnie kłuło... Nie potrafiłem tego wyjaśnić. Pierwsze co postanowiłem wykorzystać tą samą artylerie co poprzednio, maści rozgrzewające, niestety okazały się zbędne. Endorfina na początku załagodziła ból i co z tego jeżeli potem wszystko wychodzi na światło dzienne... Po raz kolejny zwróciłem się do mojego najbardziej zaufanego guru - ojca. Niestety on nie był wstanie tego określić. Żebym odpoczął od biegania i nie wpadł na kolejny genialny pomysł, aby pójść jeszcze pobiegać (tak, zdarzało mi się niejednkokrotnie o tym myśleć, tylko co z tego skoro nie mogłem chodzić) postanowił zabrać mnie na tydzień w góry. Po tygodniu myślałem, że wszystko się ułoży... bolało tak samo... Zrozpaczony nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić... wtedy mnie olśniło... Poprosiłem znajomego o namiar na fizjoterapeutę, trzeba było podjąć męską decyzję i coś ze sobą w końcu zrobić. Pewny siebie poszedłem, żeby mnie zbadali i zdiagnozowali problem. Zdziwiłem się lekko... położył mnie na macie z kolcami, następnie kazał się odwrócić na brzuch i... miałem oczy jak dwa baloniki, które zaraz miały pęknąć. Zaczął mi wbijać w plecy jakieś kołki!!! Okazało się, że jest to tzw. klawiterapia polegająca na zwalczeniu problemu nerwowo. Czułem się jak jeż. Po dłuższej diagnozie i terapii, przyszedł czas na "zimny prysznic". Kiedy fizjoterapeuta usłyszał moje "ambicje" dosłownie mnie "zjechał". I miał rację... co za dużo to nie zdrowo. Moja kontuzja okazała się przeciążeniem oraz mikrourazem w bardzo trudno dostępnym miejscu, maści były nieskuteczne ponieważ skóra była zbyt gruba. O bieganiu mogłem sobie wtedy tylko pomarzyć, musiałem chodzić na zabiegi z klawiterapii przez miesiąc 2 razy tygodniowo nim coś w końcu russzyło. Czułem się jak wampir, w którego wbijają kołki... Straszny ból, nikomu nie życzę, ale skoro boli, to pomaga. Potem postanowiłem zmienić swoją postawę... Przyszedł czas na poprawienie sylwetki oraz stabiliazcję, czekały mnie subtelne ćwiczenia z piłkami i taśmami. Nie zdawałem sobie sprawy ze swojej głupoty, byłem po prostu zerem, nie umiałem się utrzymać na zwykłej piłce, dzieci z podstawówki miały lepiej opanowaną równowagę niż ja... Dzisiaj, mimo wszystko jestem zadowolony z tego biegu wydarzeń. Po wielu wzlotach i upadkach (dosłownie, żebyście mnie widzieli na piłce do fitnessu :P) opanowałem stabilizację. Wymagało to wiele pracy natomiast obecnie pracuję nad poprawną techniką biegu. Dorzucając obecnie samozaparcie i chęci zmienienia czegoś w sobie umożliwiła mi przebiec Półmaraton Warszawski z dobrym wynikiem, a moja głupota została zaleczona i zniknęła wraz z przypadłością, która mnie męczyła. Bohaterstwem było nie zniesienie tego okropnego bólu, lecz pójście po rozum do głowy. Jak mi powiedział ktoś mądry "Bieganie ładne, to bieganie efektywne" teraz trzymam się tego powiedzenia i przestrzegam was wszystkich, nie szarżujcie, na wszystko przyjdzie czas... Lepiej biegać z rozwagą i przez lata niż rok w świetnej formie i ze szczytu spaść na łóżko w gabinecie ;)
Pozdrawiam!
Dominik
Dominik, wracaj szybko do zdrowia! Społeczność Nike+ czeka. Robpol, to chyba ze 3 razy już o Ciebie Mityczną pytał.
Trzymam kciuki!
Dzięki za miłe słowa!!! Ja też czekam, jeszcze trochę i będę skakał i kicał jak zając wielkanocny ;))







