Piątek 13, blokada kolana -

Hej, Witam Wszystkich!

Moja historia może trochę odbiegać od pozostałych na tym forum, ponieważ za pierwszy i najważniejszy punkt powrotu do zdrowia obrałem: wyzbycie się patosu. Cofnijmy się zatem w czasie o dwa lata. Do momentu gdy moja głowa nie była zaprzątnięta kontuzjami, a jednym z największych zmartwień wydawały się być prognozy pogody zapowiadające opady deszczu przez kilka kolejnych dni. Był to czas gdy byłem młodym, obiecującym koszykarskim samoukiem, który otrzymał zaproszenie na testy do trzecioligowej drużyny. Niejako starałem wejść do drużyny z impetem, dzień w dzień na przemian biegając, pływając, chodząc na siłownie, i oczywiście najwięcej czasu spędzając na boisku. Kiedy już osiągnąłem 'życiową' formę postanowiłem zgłosić się do kilku drużyn. Na moje wiadomości odpowiedziała jedna nowo budowana ekipa, z przyszłością drugo, lub trzecioligową. (w koszykówce szczebel, na którym występuje drużyna uzależniony jest od zakupu licencji i spełnienia kilku mniej istotnych szczegółów). Dograliśmy termin na sobotni trening 14 września 2010, ale przecież nie można tak po prostu sobie przyjść na trening. Dzień przed testami postanowiłem sprawdzić się na tle ludzi, którzy spędzili kilka lat w szkołach sportowych. Pogoda była idealna, delikatny wiatr sprawiał, że upał aż tak nie wdawał się we znaki, kto by się przejmował tak przyziemnymi sprawami jak odpowiednie rozgrzanie przed grąChcąc zabłysnąć wdałem się w drybling 'na szczycie' obwodu tak niefortunnie odbijając piłkę o ziemię, że ta po odbiciu od mojej pięty zaczęła wychodzić na out. Można mi odmówić wzrostu, ale wszelkie braki starałem się nadrabiać determinacją i prawdopodobnie dlatego piątek trzynastego raz na zawsze stał się dla mnie dniem przeklętym. Postanowiłem uratować piłkę przed wyjściem poza boisko. Nie byłem osamotniony w poczynaniach, gdyż rozgrywający przeciwnej drużyny również postawił sobie to za punkt honoru. Gdy dopadłem do piłki postanowiłem się zastawić traktując kolegę barkiem. Odskoczył, więc ciężar ciała oparł się na nodze, która odjechała na piasku. Kolano nie wytrzymało, nie pamiętam w którą stronę się wygięło, ale na pewno nie w tę którą powinno.  Padłem na ziemię jak rażony piorunem, ból był nie-do-znie-sie-nia. Na boisku zapanowała konsternacja. Nikt nie wiedział co w takiej sytuacji trzeba zrobić. Dopiero po paru chwilach ktoś zadzwonił na pogotowie. Ja w tym czasie próbowałem ruszyć nogą... zresztą bezskutecznie. Po bardzo wesołej podróży karetką do Szpitala Miejskiego w Gdyni zrobiono mi RTG. 

Kilka godzin później dotarł do moich rąk opis. Wynik? "Zarys rzepki wystaje poza coś tam... z powodu pozycji do zdjęcia, podwinięcia". Pomyślałem: Not Bad, dwa tygodnie i wracam do gry. Lekarz mówiąc, że więzadła są ok utwierdził mnie w tym przekonaniu. Założyli więc gips i kazali zgłosić się za dwa tygodnie na jego zdjęcie. Atrakcje jednak dopiero miały się zacząć. Z dnia na dzień ból narastał, po 6 dniach chirurg który zgodził się mnie przyjąć bez rejestracji. (Ortopeda odmówił mi pomocy) Gips, który założyli mi w szpitalu musiał mi zrywać z nogi, z powodu zbyt dużego wysięku. Zebrało się w kolanie prawie 100ml krwi. Ów chirurg skierował mnie na Rezonans Magnetyczny. Po kilku dniach poszukiwań udało mi się znaleźć nowy ośrodek z MRI prawie 100km od mojego miejsca zamieszkania, z terminami dostępnymi od ręki. Minęły dwa tygodnie od wizyty w szpitalu, czas na pierwszą kontrolę u ortopedy, który ma wolne terminy. Nie zastanawiałem się dlaczego nikt nie chce do niego przychodzić dopóki nie zacząłem mieć z nim doczynienia. Tak gburowatej osoby nigdy w życiu nie spotkałem, w dodatku po zdjęciu gipsu powiedział, że mam już normalnie zacząć chodzić, noga ma ograniczony zakres ruchomości w kolanie ze względu na przykurcz mięśni. Zalecenia? Zginanie i prostowanie nogi w wannie. Stwierdził, że w trakcie następnej wizyty (4tyg od wizyty w szpitalu) nie będzie potrzebował wglądu w opis rezonansu magnetycznego, które to badanie w międzyczasie miałem przejść. "On już wydał diagnozę, i żadne rezonansy, ani Usg nie są mu potrzebne". Abstrahując, najśmieszniejsze w podróży do Kościerzyny było to, że mój Ojciec, który prowadził w jej trakcie samochód, który jest absolutnym przeciwieństwem pirata drogowego dostał swój pierwszy i prawdopodobnie ostatni w życiu mandat za przekroczenie prędkości. Wracając do sedna. Opis badania miałem dostać 'mejlowo', oczywiście nie mogło być tak prosto i w moim adresie e-mail przekręcili jedną literę w nazwisku. Po jakimś czasie i kilku rozmowach telefonicznych otrzymałem wyniki, z którymi zdecydowałem się nie iść do nfztowskiego lekarza. Nie mógł bym spojrzeć w oczy temu człowiekowi od zginania i prostowania nogi w wannie. Ćwiczenie to nie przynosiło żadnego efektu, zakres ruchu pozostawał bez zmian, a każda próba pomocy sobie rękami kończyła się bólem. Zebrałem informacje o specjalistach od kolan w moim regionie i zdecydowałem się na prywatną wizytę u jednego z nich. Zanim obejrzał dokładnie opis rezonansu, (żeby się nie sugerować) zbadał dokładnie moje kolano. Zdiagnozował zerwanie ACL i blok stawu. Miesiąc po urazie... później zabrał się za studiowanie opisu, który wykazał jeszcze sporo innych odchyleń od normy. Uboższy o stówkę w kieszeni, cieszyłem się ze sposobu w jaki zostałem potraktowany. Następnego dnia wylądowałem na oddziale ortopedycznym, a po kolejnym dniu miałem już za sobą pierwszą artroskopię. Przez brak zakresu ruchu nie dało się zrekonstruować tego więzadła, ale kolano oczyszczono i odesłano mnie do domu. Przy wypisie zostało mi zadane pytanie, czy wolę tani stabilizator, czy taki z górnej półki, w którym mógłbym uprawiać sport. Bez znajomości ceny chyba każdy z nas zdecydowałby się na ten drugi. Doradzono mi firmę donjoy, poszedłem więc do sklepu z takimi ortezami. Cena jednej? 1500zł (?!) Żeby sobie na niego pozwolić postanowiłem sprzedać mój pierwszy samochód... mianowicie wysłużonego Peugeota 309. : ) Patrząc wstecz poszedł za bezcen, 300 złotych za samochód to grosze. Ale pozwoliły mi na zakup ortezy. Kolano co jakiś czas pęczniało i trzeba je było skutecznie udrożnić. W pewnym momencie płyn w kolanie skrzepł i doszło do desperackiej próby uwolnienia go wtryskując do stawu nowokainęi nakłuwając je monstrualną w moim odczuciu igłą o średnicy 1,8mm. Próba ta spaliła na panewce. Jedynym wyjściem żeby pozbyć się tego ustrojstwa z mojej nogi były zabiegi fizjoterapeutyczne. To był strzał w dziesiątkę. Ponad dwa miesiące po feralnym trzynastym mogłem zacząć prawidłową rehabilitację, na którą nfz kazał mi czekać. Całe szczęście jeden z gabinetów miał wolne terminy, na które musiałbym czekać tylko miesiąc. Do tego czasu ćwiczyłem ze znajomym znajomego, który jest fizjoterapeutą. Ćwiczyliśmy u niego w mieszkaniu. Świetny człowiek, pomimo bólu jaki musiałem znosić w trakcie każdych ćwiczeń postępy były niesamowite. Ćwiczeniom tym towarzyszyła muzyka rodem z płyt DropKick Murphy's co niejako nastrajało do bólu. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Łukasza, najbardziej przyjaźnie nastawionego Punk Rockowca spośród wszystkich mi znanych. Wróciłem na uczelnię, na semestr w którym mieliśmy wychowanie fizyczne. Dogadałem się z prowadzącymi, którzy udostępnili mi siłownie z kilkoma rowerami, ergometrami i innymi maszynami, które znacznie wpłynęły na mój powrót do zdrowia. W kolejnym semestrze brałem już udział w zajęciach WF'u grając w kosza z rówieśnikami. (Oczywiście w Super-Ekstra-Amerykańskiej-Ortezie). Razem z grą w kosza wróciłem do biegania i jazdy na rowerze. Zagrałem również w reklamie pewnej sieci supermarketów z hasłem przewodnim: 'Wszyscy jesteśmy drużyną narodową!". Co prawda w reklamie robię za tło, ale to też się liczy... chyba. : )

Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi sprawami trzeba było pomyśleć o rekonstrukcji. W szpitalu, w którym przeszedłem artroskopię rzucono mi zaporowy jak na końcówkę 2010 roku termin 20 lutego 2012. Równolegle postanowiłem zgłosić się do innego szpitala, gdzie jako przypadek pilny miałem być dostępny do operacji na telefon nie znając dnia ani godziny. Ale na pewno nie miałem czekać na to zbyt długo. Czas upływał, zadzwonili do mnie raz, z pytaniem czy jestem gotowy do tego, aby operację przejść "jutro". Poprosiłem o 10 minut na zastanowienie, ale nie dostałem takiej możliwości. Nie zdecydowałem się. W lutym 2012 roku zrobiłem wszystko by nic nie przeszkodziło mi w powrocie do zdrowia. Zbadałem opcje rehabilitacji, dowiedziałem się wszystkiego co potrzeba... i dowiedziałem się, że termin z 20.02 jest nieaktualny, bo go usunęli z bazy. W celu wyjaśnienia poszedłem do Ordynatora. Na początku pomyślałem, że zrobię 'dym', jednak rozsądek wziął górę. Ordynator okazał się człowiekiem, i tak oto 13 marca  mogłem się cieszyć z powrotu do domu po udanej rekonstrukcji. Co prawda... w dniu wypisu ze szpitala, z kolana, broczyła jeszcze krew i doszywano mnie na 10 minut przed wyjściem z oddziału... Do dzisiaj nakłuwano mnie 3 razy żeby odciągnąć płyn... Przez pierwszy tydzień po powrocie do domu gorączkowałem w ekstremach dochodzących do 40oC, a próby wstania z łóżka przez okropny ból i zawroty głowy wiązały się z loterią pt. "Stracę przytomność czy nie?"... Lecz sposób w jaki przez ostatni miesiąc potraktował mnie każdy kolejny napotkany lekarz sprawił, że nawet CRP, które u zdrowego człowieka wynosi 5, u mnie wynoszące 170 straciło na znaczeniu. Wszystko dzięki trafnym diagnozom i podejściu, które wróciło mi wiarę w lekarzy z nfz. Dzisiaj jestem już po jednej serii zabiegów rehabilitacyjnych i na dniach zacznę kolejną. Jestem przekonany, że po tym co mnie spotkało na pewno będę chciał wrócić do sportu. A skoro rehabilitacja po rekonstrukcji w dużej mierze opiera się na pływaniu, jeździe na rowerze i bieganiu... Hmm... może Triatlon? : )

 Jeśli tu dotrwałeś w czytaniu to dziękuję za uwagę! To nie lada wyczyn! : ) Zauważyłem też, że ten konkurs można wygrać z pomocą wielu znajomych na fejsbuku. Nie sądzę żeby temu miała służyć cała ta akcja. Mam nadzieję, że komuś pomoże to co wyżej napisałem. Nie będę się ubiegał o względy znajomych w tym konkursie, jeśli redakcja uzna, że moja historia jest na tyle warta wyróżnienia by przyznać mi nagrodę pomimo to... będę bardzo wdzięczny. Buty na pewno staną się motywacją by wrócić do sportu gdy tylko poczuję taką możliwość. Jeszcze raz dziękuję za uwagę, poniżej pozwolę sobie zapisać dekalog wynikający z powyższego tekstu.

1. Uśmiechaj się i myśl pozytywnie! Poważnie, jakkolwiek niepoważnie to brzmi.
2. Zadbaj o odpowiednią rozgrzewkę przed wysiłkiem fizycznym. Zwłaszcza w piątek trzynastego! : )
3. Czasami lepiej zrobić krok w tył, niż 2 w przód na noszach.
4. Jeśli nie ufasz swojemu lekarzowi, lub fizjoterapeucie - zakończ współpracę. Zaufanie to podstawa komunikacji, a rehabilitacja to gra zespołowa.
5. Nie bój się wydawać pieniędzy. Zdrowie jest bezcenne. Patrz. Sprzedaż samochodu, bądź mandat w drodze na MRI.
6. Jeśli uraz dotyczy skomplikowanego miejsca np. stawu kolanowego - nie poprzestań na RTG. Rezonans, lub USG są dużo dokładniejsze.
7. Nie rób nic czego nie jesteś pewny. Gdy sprawy wymykają Ci się z rąk skontaktuj się z lekarzem, albo przemyśl sprawę dwa razy. Leczenie nie przynosi efektów, chwytaj za telefon.
8. Nie naciskaj na siebie w kwestii szybkiego powrotu do sportu. Każdy organizm regeneruje się w innym tempie.
9. Bądź wytrwały, tak jak w trakcie czytania tego tekstu. Pozytywne myślenie zdziała cuda, ale tylko jeśli zadbasz o fundamenty, czyli regularne ćwiczenia. Bez nich nie wrócisz do formy.
10. Zadbaj o odpowiednie warunki do gry, czy uprawiania sportu. Sprawdź czy boisko jest dobrze zamiecione, i czy Twoi współtowarzysze w sporcie znają podstawy udzielania pierwszej pomocy.

Ostatnie zdanie to oczywiście żart. : )
Życzę wam szybkiego i udanego powrotu do zdrowia!
Dziękuję po raz ostatni za uwagę.
Pozdrawiam, Maciej Błażejczak.