Pokonać siebie!
Uwielbiam sport. Kocham ćwiczyć, rozciągać swe ciało i, jeśli wiecie o czy mowa, dosłownie wchłaniać całą energię emanującą podczas wysiłku. To dodaje mi sił, uśmiechu oraz wiary w pokonywanie własnych słabości. Każdego dnia robię intensywny trening, a wieczorami pokonuję coraz bardziej odległe kilometry biegając. Wtedy dopiero wiem, że żyję. Dzieje się gorzej, jeśli w pewnym momencie "coś" po prostu tę radość odbiera.
Około trzech lat temu, podczas gry w siatkówkę na betonowym boisku, koleżanka niechcący mnie przewróciła. Pech chciał, że ucierpiało na tym moje kolano. I choć początkowo nic się nie działo, tak parę godzin po zdarzeniu nie byłam w stanie chodzić. Mym oczom zaprezentowała się potworna opuchlizna, a ból dawał się we znaki przy każdej sekundzie. Maści, okłady, leki przeciwbólowe - ratunek numer jeden. Następnie przyszła pora na wizitę w szpitalu. Równie wielki, co sama opuchlizna, opatrunek. Unieruchomienie kończyny dolnej, antybiotyk i zakaz uprawiania sportu przez najbliższy czas. Dla osoby, która jest wręcz uzależniona od sportu taki werdykt był przerażający. Wizja siedzenia w jednym miejscu całkowicie mnie załamała. Stwierdziłam jednak, że muszę wytrzymać i nie należy się poddawać. Trwałam więc w chwilowym zastygnięciu i wyczekiwałam powrotu do formy.
Teraz wiem, że wizyta w szpitalu była jak najbardziej odpowiednią decyzją. Mogłabym wszakże dostarczyć sobie zmian zwyrodnieniowych w kolanie, a tak kontuzja pozostała prawie zaleczona. Prawie, ponieważ do dnia dzisiejszego borykam się z wszelakimi problemami. Jednym z nich jest na przykład przeciążenie stawów kolanowych. Zbyt długa jazda na rowerze, zbyt długie dystansy, a czasami nawet wchodzenie po schodach sprawiają, iż odczuwam okropny ból (wręcz skurcz) w kolanach. Szanuję jednak swe zdrowie, zatem swego czasu uczęszczałam na rehabilitacje, a i treningi nie są tak intensywne, jak kiedyś.
Jednak to nie wszystko. Kiedy po powrocie do formy (stonowanej o kilka poziomów) znów cieszyłam się możliwością uprawiania sportów - w zeszłym roku nastąpiła kolejna katastrofa. I niestety, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Miałam wypadek - wykoleił się mój pociąg. Mimo iż wagon, w którym się znajdowałam został zgnieciony, to cudem udało mi się wyjść z tego bez złamań i bardziej zaawansowanych obrażeń. Byłam mocno "poturbowana" oraz nabawiłam się naderwania mięśni pleców, przez co miałam problemy z oddychaniem i poruszaniem się. Silne stłuczenia uniemożliwyły mi swobodę ruchów, a lekki uraz pięty "zakazał" częstego chodzenia. Wierzcie mi, że nigdy nie byłam w stanie wydobyć z siebie takiej siły, jak po tym wypadku. Wyjść z przygniatającego mnie wagonu, powoli wychodzić z otaczającego bólu, a wreszcie pokonać to wszystko i stanąć na nogach z gotowością do działania.
Dziś ćwiczę, trenuję i biegam. Trzeba dbać o zdrowie, ale trzeba też walczyć o swoje marzenia. Każdy, naprawdę każdy z nas ma środku potężną energię, której często nie jest świadomy. Jesteśmy w stanie zrobić o wiele więcej, niż nam się wydaje. Wystarczy chcieć, wystarczy pragnąć iść do przodu!
Pozdrawiam, Natalia







