Skręcenie stawu skokowego
Witam wszystkich!! Mam na imię Norbert i mam 20 lat. Jestem osobą aktywną fizycznie.Jestem studentem I roku Informatki na Politechnice Rrzeszowskiej. Uprawiam różne sporty takie jak: bieganie,piłka nożna, rugby, boks, regularnie chodzę na siłownię - oczywiście tylko amatorsko. Jesienią i wiosną każdego roku zajmuję się bieganiem. Biegam prawie codziennnie na różnych dystansach. Zawszę stawiam sobię jakieś określone cele i dążę do tego aby je zrealizować. "Mierzy się ponad cel, aby trafić do celu". No i pewnego dnia za wysoko wymierzyłem. A może był to zwykły pech?
Dzień jak co dzień( chyba coś początek listopada), rano szkoła, powrót, obiad - a potem komputer. Nadchodzi wieczór - trzeba by coś pobiegać. Pogoda była świetna, chłodno, wiatr nie wiał, księżyc jasno świecił. A więc urałem się i wyszedłem przed dom na rozgrzewkę. Rozgrzewałem się jak zawsze - nic niezwykłego. Następnie obrałem sobie cel że w tym dniu zrobie 16 km w standardowym czasie. No dobra... da się zrobić. A więc zaczynam i biegnę, włączyłem sobie muzyczkę z telefonu. Oczywiście na 8 km jak zawsze dopada kryzys biegowy, ale daje radę go pokonać. Następnie do 12 km idzie gładko. Potem już trochę nogi bolą ale nie odpuszczam. Nagle wyśyśliłem sobie że pobiegnę inna trasą i będzie 19 km... hmmm no ok. Tą trasą biegałem bardzo rzadko. Trafiłem na odcinek w którym nie było latarni ulicznych. Biegne, biegne aż tu nagle jakiś dołek... Te wspaniałe polskie drogi!!! I leże na poboczu, telefon gdzies wypadł w trawę. Na początku szok i niewiem co się dzieje. Probóję wstać i czuję ból w kostce. Próbuję stanąć na lewą nogę ale ból ta silny że wolałem trzymać nogę w górzę. Dobra zalazłem telefon i co teraz. No jak zwykle nie ma nic na koncie - lepiej było wydać na browary niż na doładowanie. No i co tu robić? Jestem na jakimś zadupiu gdzie na dzień jeździ może 3 auta. No to dobra znalazłem jakiegoś kija i na jednej nodzę do domu.
Wchodzę do domu i pierwsza reakcja matki "coś ty zrobił". Oczywiście mówie że nic mi nie jest. Dobra sciągneliśmy buta i skarpętkę. Cały staw skokowy spuchnięty i boli jak cholera. No to dobra siadamy do auta i jedziemy do szpitala. Matka jak zwykle panikuje za dużo. No dobra tam jak zwykle na wspaniałą służbę zdrowia trzeba było czekać około godziny. No dobra siedzie tam i się wkurw.... No i w końcu lekaż stwierdził skręcenie stawu skokowego-- ehhh pomyślałem że to nic poważnego. Jeszcze mnie wysłał na jakieś prześwietlenie. Popatrzył na te zdjęcia i noga w gips 3-8 tygodni. No wtedy nie byłem zbyt szczęśliwy. No dobra jakoś przeżyje.
Pierwszy dzień nie był zbyt fajny. Ciężko się przyzwyczaić do tego gipsu. Dobra jakoś mija tydzień, potem dwa. Każdego dnia miałem ochotę rozwalić ten gips... Na szczęscie na siłownie dało się chodzić :) Dobra po 2 tygodniach idę do lekarza. Oczywiście mu mówię żeby mi to sciągnął bo jak nie to następnego dnia sam to zrobię. No i sciągneli mi ten biały pancerz. Dziwne uczucie. Lekarz popatrzył podotykał. Przpisał mi jakąś maść i kazał owiać w bandaż. Pamiętam że coś mówił o stabilizatorze ale zdecydował się na opaskę uciskową. Lepsze to niż gips. Pierwszy dzień mialem lekko rozchodzić nogę.Pamiętam że było to dziwne uczucie. Coś pomiędzy bólem a swędzeniem.Widać że z dnia na dzień było coraz lepiej. Po kolejnych dniach chodzenia już nie czułem wogóle bólu. Widać było jeszcze jak skóra w tym miejscu ma kolor lekko-czerowny. Po jakimś czasie to znikło.
W sumie po 4 tygodniach od urazu postanowiłem sobie pobiegać. Lekko 2 km i wszystko wydawało się w porządku. Potem było coraz więcej i więcej. Do tej pory czasami po długich biegach odczuwam lekki ból, ale chyba to jest niegroźne.
Nie był to zbyt poważny uraz. Nie wiem czy nawet potrzeby był ten gips. Ale zawsze to 5 tygodni treningu w plecy. Ale było to też trochę z mojej głupoty, ponieważ nogi były zmęczone i pewnie na "świerzości" nie doszło by do urazu.
Wiem że gdy by nie matka to bym całkowicie olał ten uraz. Obłożył bym lodem a następnego dnia pewnie chodził normalnie myśląc że to jakieś stłuczenie. Nie należy lekceważyć żadnych wypadków, nawet jeśli nie boli.







