Skręcenie stawu skokowego
Pierwsza tego typu kontuzja przytrafiła mi się 3 tygodnie temu. Tego dnia z powodu długich zajęć na uczelni trening rozpoczęłam około godziny 21. W drodze powrotnej gdy do domu zostało mi 20 metrów, zaliczyłam wielką dziurę w chodniku. Od razu poczułam przeszywający ból w stopie, który jednak po chwili zmniejszył się i udało mi się dotrzeć do pokoju. Nie musiało minąć dużo czasu żeby kostka mocno spuchła i uniemożliwiła mi normalnie poruszanie się. Przeczekałam jednak do rana i po pierwszej próbie zejścia z łózka, która zakończyłą się niepowodzeniem natychmiast udałam się na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Już sam dojazd tam był dla mnie sporym wyzwaniem, ku pomocy przyszedł taksówkarz. Z racji tego, że w moim studenckim mieście jeszcze nigdy nie korzystałam z usług medycznych minęło trochę czasu i bólu zanim znalazłam się w dopowiedniej części szpitala. Gdy już się zarejestrowałam i dokonałam niezbędnych formalności (uff..) zostało mi tylko czekać, czekać i jeszcze raz czekać. Oprócz tego oglądałam stresującą i wymagającą pracę lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, do których nabrałam jeszcze większego szacunku bo użeranie się z pijanymi pacjentami, którzy nie chcą dać sobie pomóc może nadwyrężyć cierpliwość. W końcu nadeszłą moja kolej.. Pani doktor obejrzała kostkę i zleciła wykonanie zdjęcia RTG. Szpital zwiedzałam już z poziomu wózka ponieważ porszuanie się o własnych siłach było zbyt bolesne i powolne. Okazało się, że kość nie jest złamana więc diagnoza brzmiała: skręcenie stawu skokowego. Zalecenia? Odpoczynek, zimne opatrunku na kostkę, smarowanie Altacetem, bandaż elastyczny i stabilizator. Najgorsze miałam usłyszeć na końcu.. przerwa w bieganiu 6 tygodni.. Pani doktor widząc moją przerażoną minę zapytała tylko czy nie planowałam udziału w żadnych zawodach. No właśnie! Zawody! Planowałam wziąć udział w biegu kobiet! No ale cóż zdrowie ważniejsze. Do domu wróciłam w poczuciu bezsilności. Stosowałam się bardzo ściśle do rad lekarza, a do tego starałam się nie obciążać zbytnio nogi. Jednak najbardziej mieszanie uczucia wywołało u mnie bieganie mojego chłopaka. To ja zachęciłam go do tej formy aktywności, a teraz ja muszę go nadal dopingować i cieszyć się z jego kolejnych przebiegniętych kilometrów beze mnie. Gdy kostka dojdzie do formy będę musiała ostro trenować żeby go dogonić. Konkurencja pewnie też nie próżnowała. Czeka mnie dużo pracy. Dziś, 3 tygodnie po urazie opuchlizna zeszła ale nie całkowicie. Kostka zdrowej nogi różni się wielkością od tej skręconej, chodzę bez problemu jednak przy skręcaniu nogi ból nadal występuje. Wynika z tego nauczka dla mnie: nie biegać nocą po chodnikach. Gdy patrzę na moją obandażowaną nogę i pomyślę o kilometrach, które mogłabym już zrobić przez ten czas na pewno będę unikać dziurawych, nierównych płyt chodnikowych. Kiedy biegam w swojej rodzinnej wiosce nie mam z tym problemu. Tam nawet polna droga jest bezpieczniejsza od miejskiej dżungli. Biegacze miejscy uważajcie!!
Nie myśl teraz o tym, że musisz kogoś dogonić. Najwazniejsze jest to, żebyś dała sobie odpowiednią ilość czasu by ich przegonić .. nie koniecznie w najbliższych zawodach. Powodzenia!







