Złamanie st. skokowego kości bocznej prawej nogi.

Było to pod koniec stycznia, pamiętacie było, pełno śniegu, zimno i Śliskooo !!!!, tak nie bez przyczynny użyłem wykrzykników. Gdyż warunki pogodowe, stały się przyczyną mojej kontuzji, z której już powoli wychodzę, a więc.....

 

Miałem wolny dzień od uczelni, siedziałem w domu i jedyne co miałem do roboty to nadrabiane zaległości z makroekonomi i bieganie :) Jak się już pewnie domyślacie, nikt nie musiał mnie namawiać na trening, ale oczywiście zaraz, po treningu obiecałem sobie, że zaraz po treningu siadam z powrotem do nauki. Przebrałem się na trening i ruszyłem w trasę, zaraz po rozgrzewce już zacząłem narzucać tempo, utrzymując 4:00-4:10min/km, co w warunkach zimowych było to dosyć szybkie tempo i niebezpieczne, co się później okazało trafne. Po 15 minutach biegu poślizgnąłem się i niefortunnie upadłem na prawą nogę, przy upadku słyszałem, dźwięk strzelającej/łamanej kości. Z początku miałem w myślach skręcenie kostki, przez chwilę leżałem na chodniku, próżno mi było szukać pomocy, do wypadku doszło na polnej drodze po za granicami Gdańska. Jednak po kilku minutach wstałem, próbowałem wstać i oprzeć się na prawej nodze, było to nie wykonalne ale cały czas, czułem całą nogę i w mniejszym stopniu mogłem ją poruszać. Ból był nie miłosiernie silny, nie miałem innego wyjścia jak powrót do domu, skacząc na jednej nodze, po 15 minutach takiego skakania, minął mnie Opel Corsa. Nie wiem czemu wstyd mi było prosić o pomoc, jednak Pani z Corsy, wyciągnęła pomocną dłoń, skorzystałem z pomocy z podwózki do domu za co ogromnie Pani Dziękuję, szkoda że nie miałem okazji złożyć podziękowań po całym tym zdarzeniu. Byłem w szoku zdążyłem podziękować i wysiąść i szybko „podskoczyć” do domu. Marzyłem już tylko żeby się położyć na podłodze korytarzu i tak zrobiłem, od razu przylecieli rodzice miałem szczęście że wzięli urlop. Tata zdjął mi prawego buta, nogę w okolicach kostki miałem po prawej stronie strasznie spuchniętą tak jakby, kość łydki mi wyskoczyła. Od razu rodzice zabrali mnie autem do szpitala. W szpitalu posadzono mnie na wózku, po oględzinach sanitariusza skierowano na dwa prześwietlenia. Co pokazały złamanie st. Skokowego kości bocznej prawej nogi bez przemieszczenia, czego się obawiałem . Włożono mi nogę w gips i od razu przygotowano iż nie rozstanę się z nim przez przynajmniej na 6 tygodni, już wiedziałem że musze zmienić całoroczne plany biegowe. Na drugi dzień dostałem kule, i nie miałem pomysły co ze sobą zrobić, przez pierwsze cztery dni czułem krwiaka pod gipsem, trudno było zasnąć ale powoli trzeba było się do tego przyzwyczaić, odwiedzali mnie przyjaciele, rodzina pomagała w dojazdach na uczelnie. Po drodze był bieg Urodzinowy Gdyni na 10km, na który już byłem zapisany, przekazałem pakiet startowy koledze który w bardzo dobrym czasie 38 minut pokonał cały dystans. W ten dzień przydałem się jako fotograf J. Po 6 tygodniach przyszedł czas na wizytę u ortopedy, kość jeszcze się nie zrosła, dopiero po tygodniu lekarz zdecydował się na zdjęcie gipsu pod warunkiem że będę nosił przez dwa tygodnie stabilizator. Pierwsze kroki bez gipsu była bardzo dziwne i trudne, jakbym uczył się na nowo „sztuki” chodzenia. Z dnia na dzień jest już coraz lepiej, dziś przymierzam się do wyjścia na bieg, jeżdżę na ergometrze, chodzę na siłownie powoli wracam do formy lecz nie będę przymierzał się w tym roku do pobicia rekordu życiowego, za to w Maratonie Warszawskim i Poznańskim szykuję się prowadzenie zawodników na 4h. Przy złamaniach nieszczęśnikom mogę jedynie polecić pozytywne myślenie i trzymać się diety bogatą w białko zwierzęce. Żaden „magnetronic” nie pomoże. Złamanie mnie nauczyło że warto dbać i uważać o swoje zdrowie.